wtorek, 8 listopada 2016

"Wszystkie nieprzespane noce". Krótkie spojrzenie maniaka.


Jak na rasowego maniaka przystało, od lat dziecięcych szukałam podniet pomiędzy kadrami rodzimych i zagranicznych produkcji. Gust filmowy, ukształtowany na czarnobiałych klatkach Bergmana i godzinach spędzonych w łóżku w towarzystwie Tarkowskiego, nie dopuszcza do świadomości nakreślonych plastikiem tworów. Moje oczy w przeciągu ostatnich paru lat łapczywie pochłonęły setki filmów, miliony scen, które przeżyłam na swój własny, mocno melancholijny sposób. W każdym obrazie szukałam swoistych pierwiastków, które pomogą mi zbudować pewien indywidualny tok rozumowania, wyrobić wrażliwość na otaczające mnie treści.
W ostatnim czasie wydawało mi się, że już nic nowego nie jestem w stanie przeżyć. Wszystkie postacie, wydawały mi się już dobrze znane. Wszystkie historie sprawiały wrażenie już dawno opowiedzianych. Wszystko przyprawiało mnie o mdłości doprawione wyrzutami sumienia. Wszystko. Aż do niedzielnego wieczora…
„Wszystkie nieprzespane noce” to obraz młodości w XXI wieku, 100 minut podchmielonych rozmów, 60000 sekund myśli szczerych i bezpretensjonalnych. Kumulacja wrażeń o świecie i przeżywaniu. Głośny krzyk pokolenia „Z” oczami Michała Marczaka. Kształtne stanowisko młodych gniewnych, których cienie nie mają odwagi wyjść z ciał. 
Film chwilami irytujący swoją dosadnością, częściej urzekający naiwnością formy i prostotą dialogu. W przeciągu niespełna półtorej godziny moje młodzieńcze ego sinusoidalnie mknęło od wyżyn wizualnego zachwytu, aż po doły markotnej prawdy o rozkładzie psychicznym dzisiejszego społeczeństwa. Społeczeństwa zbyt wrażliwego i za mało doświadczonego, by żyć „poprawnie” i według schematyzowanej rzeczywistości. 
Mknąca przed powiekami Warszawa, przywołała wspomnienia wakacji roku 15. Wzbudziła tęsknotę za nocami, które o 4.25 łączyły się w czułym pocałunku z zaspanymi jeszcze porankami. Godziny spędzone na kontemplacji mknących po niebie chmur, setki myśli czy te wszystkie chwile zatracenia mają jakikolwiek wpływ na ogół naszej egzystencji, czy warto szukać sensu w naszym płytkim szaleństwie, skoro jesteśmy jedynie cząstką czegoś starszego niż wieczności. 
Zdarza mi się zastanawiać czy w dzisiejszym świecie słowo „młodość” ma jeszcze jakiekolwiek powiązanie z faktycznym wiekiem jednostki. Rozwój cywilizacyjny (jakkolwiek wzniośle by to nie brzmiało) zatarł granice między stanem umysłu, a liczbą siwych włosów nad skronią. Młodość w XXI wieku utożsamiana jest z wolnością, a ta z kolei jest namacalnym tworem potrzeby ciągłego poszukiwania i doznawania. Przychylność wobec popełnianych błędów weszła nam w krew. Celebrujemy każdą krzywą drogę powrotną, tak jakby miała być ona naszą ostateczną egzekucją, jakbyśmy nie mieli już więcej doczekać ciepłych promieni Słońca, jakbyśmy nie mieli doczekać niczego. 



Ale czy życie nie składa się właśnie z tych paru chwil szaleństwa dzięki, którym uczymy się czuć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz